Pomijając ryzyko przypadkowego zalania tłuszczem swojego laptopa, gotowanie z przepisów znalezionych na blogach to czysta frajda. Jednak, zgodnie z ostatnimi wynikami badań, powinniśmy się poważnie zastanowić zanim popędzimy do kuchni testować najnowszy przepis z naszej ulubionej strony. Niedawno bowiem poddano analizie składniki odżywcze wybranych 96 przepisów opublikowanych na sześciu wiodących blogach kulinarnych – w tym niezwykle popularnych „Smitten Kitchen” (Czarująca Kuchnia), „The Pioneer Woman” (Pionierka) i „Chocolate and Zucchini” (Czekolada z cukinią). Badacze odkryli, że wiele z podstawowych potraw zawierało nasycone kwasy tłuszczowe i sód w dawkach porównywalnych z posiłkami podawanymi w restauracjach. Odkrycie to może być nie lada szokiem szczególnie dla tych, którzy zakładali, że domowe obiady są zasadniczo zdrowsze niż jedzenie na mieście (abstrahując od tego, czy rzeczywiście tak jest).

Blogi kulinarne – z czym to sie je

Jednak zanim usuniemy blogi kulinarne z naszej przeglądarki internetowej i zaczniemy przeklinać ich autorów, zastanówmy się z czego wynika ten stan rzeczy. W kilku wywiadach dotyczących wspomnianego badania, główny analityk krytykuje blogerów za to, że nie edukują swoich czytelników w zakresie zdrowego żywienia. Jednocześnie żaden z badanych blogów nie pozycjonuje się na rynku jako źródło zdrowych przepisów. Zazwyczaj jest wręcz dokładnie odwrotnie – założyciel „Smitten Kitchen” nie ukrywa swojej pasji do ciast i słodyczy, a „The Pioneer Woman” zasłynęła jako autorka przepisów na obfite i podnoszące na duchu posiłki.

Czy blogerzy są zobligowani aby prawić czytelnikom prelekcje na temat odżywiania? Z perspektywy badaczy odpowiedź brzmi: „tak”. Być może jest to spowodowane faktem, iż tzw. pokolenie Y (ludzie urodzeni w latach 1980-1995), którzy przygotowują posiłki w domach (i są czytelnikami blogów kulinarnych) większą wagę przykładają do zdrowego odżywiania niż ich rodzice. Wydawałoby się zatem oczywiste, że oczekują (a nawet żądają) przepisów na zdrowe potrawy. Ale czy na pewno należy wymagać od blogera, że będzie pełnił rolę dietetyka dla tysięcy bezimiennych użytkowników Internetu